niedziela, 8 lipca 2012

Wieczór






Cztery pory dnia

Poranek, Dzień, Wieczór, Noc

(reminiscencje z Droszkowa - wiosna 2009)

         Byłem jeszcze na dworze, kiedy zrobiło się zupełnie ciemno. Cisza i mrok…, za którymi ukryło się wszystko, co jeszcze nie tak dawno tętniło życiem. Usiadłem na pieńku, u progu drewutni i wsłuchałem w tę ciszę, a obok, za drogą płynący potok, ją potęgował, jednostajnie szemrząc. Zamknąłem oczy. Umilkły ptaki, wszelkie odgłosy dnia gdzieś się zawieruszyły i można by sądzić, że w tym miejscu, gdzie byłem, nie ma nic…
         A jednak, bezszelestnie pojawił się któryś z kotów, poczułem jak ociera się o moje nogi. Drogą koło domu ktoś przeszedł, zaledwie słychać było jego kroki.
         Ta cisza dookoła, jak i chłód nadciągającej nocy powoli otaczały mnie. Poprzez pory skóry wnikały do wewnątrz, tam, gdzie skupiony umysł przyjmował  wszystko, co było mu dawane. Nie myślałem…, czułem potęgę istnienia, jedność ze wszystkim dookoła…, z pojedynczym źdźbłem trawy, polnym kwiatem, igłami gałązki świerka, na której srebrzy się kropelkami rosy pajęcza nić, chmurami ocierającymi o grzbiety gór, mgłami zalegającymi tuż nad ziemią, rozpadlinami, konarami drzew nad nimi, poświatami i światłem, które o każdej porze dnia inną barwą się mieni, a także z całym światem zwierząt. Z tymi ledwie widocznymi gołym okiem, w ziemi pełzającymi i tymi po niej stąpającymi, jak i nad nią, w przestworzach szybującymi. Ileż razy zatrzymywałem się i wstrzymywałem oddech, by ich nie unicestwić, ani spłoszyć i patrzyłem urzeczony, jak istnieją, poruszają się, żyją.
         Ten świat obok mnie, z każdej strony, gdzie bym głowę nie odwrócił jest czysty i piękny. Jest wszędzie, i nie nastaje na mnie, w swojej prostocie niezależny, nie dlatego że ja  jestem, a jednak, kiedy dotykam go wzrokiem, wiem, czuję tę nic łączącą mnie z nim.
         Słuchając tak tej ciszy, w końcu przestałem ją słyszeć… Dopiero kiedy dotarły do mej świadomości delikatne odgłosy, obijania się czegoś o coś, podniosłem powieki  i zobaczyłem, że przez okienka naszego domu zza zasłonek przebija blade światło, a motyl nocny próbuje  bezskutecznie dotrzeć do środka. Tak, to moja ukochana je zapaliła i czyni teraz przygotowania do wieczerzy.
         Rozejrzałem się dookoła, kota już nie było, wstałem, zamknąłem wrota drewutni i wszedłem do domu. W sieni zmieniłem obuwie i otworzyłem drzwi kuchni. Buchnęło przyjemne ciepło jakże cenne w zimie, kiedy na dworze mróz trzaskający, ale i teraz o tej porze roku także upragnione. Ciepło dwóch źródeł, nowego pieca i kochanej, która spojrzała w moją stronę.
         - Już jesteś… zamyśliłeś się, tam, na dworze…, nie chciałam ci przeszkadzać.
         - Dzisiaj chyba już nikt nas nie odwiedzi. - po chwili dodała szeptem.
- Tak…, wczoraj dopiero co mieliśmy gości – odpowiedziałem i dodałem już myślach - przyjaciół, którzy pomogli nam w zorganizowaniu tego miejsca i życia w nim.
         On i ona z dwójką dziewczynek, byli tu wczoraj na uroczystym paleniu gałęzi po wiosennych porządkach. Ognisko było wyjątkowe. Snop iskier strzelał do góry łącząc się z gwiazdami nad nami, a my skupieni wokół, siedzieliśmy na pieńkach i piekliśmy kiełbaski i chleb na patykach. Blask, za plecami ciemność. Nasze twarze w świetle i tańczący ogień przed nami, syczący i trzaskający, obejmujący swym ciepłem. Nie mówiliśmy wiele, może trochę o sprawach bieżących. Smakowaliśmy wino, które tu na miejscu, w Droszkowie, z owoców tu zebranych, zrobione zostało.
         Rozmowy nasze nie były potoczyste, raczej oszczędne, nie wymagały szczegółowych opisów. Padały też pojedyncze słowa, nabrzmiałe w swej wymowie, łapane w locie, rozdzielone często dłuższymi chwilami milczenia, by je rozważyć w sobie. Był to czas, by również rozejrzeć się dookoła mimo ciemności, spojrzeć do góry ponad głowy nasze, zatopić wzrok w morzu gwiazd, które tu intensywniej niż gdziekolwiek indziej świeciły i sięgnąć nieistniejących granic kosmosu, który był tak blisko, jakby na wyciągnięcie ręki.
         Nawet dziewczynki siedziały cichutko owładnięte magią miejsca i sytuacji, w której przyszło nam uczestniczyć…
         I znowuż poczułem, że jestem w swoim, bliskim mi domu, nie sam, z ukochaną, przyjaciółmi i całym światem dookoła. Wzruszenie spowodowało, że sięgnąłem po flet, z którym nie rozstaję się już od trzydziestu lat, choć grywam na nim rzadko i zacząłem wydobywać z niego dźwięki, które popłynęły w całą dolinę. Czułem jak niosą się, jak odchodzą i wracają. Nikt nie mówił. Później, dużo później, kiedy panowała cisza, a ognisko zaczęło przygasać i stało się, jak zachodzące słońce pulsującą powierzchnią pod wpływem niewyczuwalnych ruchów powietrza, zagrałem jeszcze na harmonijce ustnej, która równie bliska mi jest. I stało się coś dziwnego. Jej dźwięki nie odpłynęły, pomiędzy nami jęły krążyć… jak i pojedyncze płomyki, które tańczyły, pojawiając się i znikając, bezgłośne. Powoli gasło ognisko jeszcze chwilami rozżarzając się na moment, tu i ówdzie… a mrok dotykał je coraz bardziej…
Kiedy człowiek się nie śpieszy i nic go nie goni i nie próbuje odwrócić jego uwagi od tego, czym jest zajęty w danej chwili to, to co robi, wykonuje w namaszczeniu i skupieniu.      I tak małym garnuszkiem nalewam gorącej wody z garnka na piecu, dolewam trochę zimnej, a potem myję w niej twarz i ręce po dniu pracy, przed ostatnim jeszcze skromniejszym posiłkiem, wieczerzą. Jest ona bardziej rytuałem, niż potrzebą zaspakajania głodu. Siadamy tradycyjnie na przeciw siebie, pijemy herbatę, czy też czystą wodę i widzimy się. Nie boimy się patrzeć na siebie, zaglądamy w oczy, wnikamy do wnętrz naszych. Tam, gdzie już tylko równowaga. Jest to miejsce, w tych najgłębszych pokładach, gdzie źródło, przyczyna, pierwiastek życia, spotyka się z samym sobą. Wracam na zewnątrz i dotykam wzrokiem ten piękny kwiat, który kwitnie przede mną. Delikatne rysy twarzy pełne łagodności i ciepła, błyszczące energią życia oczy, nosek, delikatne usta jak płatki róży w kącikach nieznacznie zadarte do góry, lekko uchylone jakby dopiero budziły się i witały i chciały coś powiedzieć, a nad oczami włosy nie ułożone, nie rozwiane, niepowtarzalnie dopełniające, jak łąka kwitnąca, pełna zapachów i aromatów, całego obrazu…
 Można wiedzieć, że wszystko co nas otacza, napełnia energią, potrzebną do życia, a nie tylko pokarmy spożywane. I tak samo mógłby ktoś powiedzieć, jak wiele niebezpieczeństw czyha na człowieka na każdym kroku, różnych form zniewolenia, ale kiedy zajrzy się w głąb siebie, to zrozumie się, że nic nie czyha, że z niczym nie trzeba walczyć, że wystarczy tylko uwolnić się od umysłu, od dyktatu własnego umysłu, w którym to wszystko się rodzi.
Siedzieliśmy teraz naprzeciw siebie przy stole w wolności i odrębności, jak on i ona. To nie był przymus, przyzwyczajenie, a przystawanie, obcowanie. Ale to nawet i nie to. To, coś jeszcze piękniejszego, coś co dotyka istoty wszystkich rzeczy, źródła i nim samym jest.
- Czy pójdziemy przejść się?... Wiem kochany, że jesteś zmęczony i czeka nas jeszcze kąpiel po tygodniu całym. – zapytała i z góry wiedziała jaka będzie moja odpowiedź.   
- Ależ oczywiście. – odpowiedziałem i zobaczyłem w jej oczach uśmiech wdzięczności, bo będziemy szli, bo będziemy szli razem, bo będziemy szli i trzymali się za ręce.
Tak też się stało. Ledwo znaleźliśmy się na drodze, a obok nas Misiu i nasze koty. Skąd te zwierzaki wiedzą, kiedy mają być blisko, by nie przegapić tego momentu i w ogóle chcieć iść z nami. Z czasem i to zaczyna się rozumieć. Ten wieczorny spacer drogą, po ciemku, to odwrócenie uwagi od zajęć codziennych. Wytężając wzrok i słuch idziemy przed siebie i mimo mroku rozpoznajemy kształty dookoła, omijamy przeszkody, docierają do nas odgłosy i zapachy nocy. Wszystko, co w ciągu dnia nie budzi wątpliwości, teraz jest pełne tajemnic. Drzewa, krzewy, przydrożne kamienie, odchodzące w bok ścieżki, w tej nocnej odsłonie wynurzają się na pierwszy plan dopiero, kiedy zbliżamy się do nich niemalże na wyciągnięcie ręki. I nie ma w nas lęku, bo nasze umysły nie budują żadnych wyobrażeń. Krok następny, to nowy obraz. Tak blisko serca natury, jest tylko łagodność i miłość. Stąpamy po cichutku, polna droga jest miękka, słyszymy swoje oddechy. Rześkie powietrze i ta cisza wszechobecna powodują, że idzie nam się bez najmniejszego wysiłku, zresztą tego, w ciągu dnia było wystarczająco dość. Niesamowity czas. Towarzyszą gwiazdy, jakby z nami szły, a na łące przed wzniesieniem jedwabną nicią zaczyna snuć się delikatna mgiełka. Gdyby ktoś z boku widział tych dwoje, to w pewnym momencie straciłby ich z oczu, jakby rozpłynęli się, przekroczyli granicę znanego i wtopili w inną rzeczywistość…
Na krawędzi grzbietu Koziej Górki pojawił się księżyc, polne kwiaty pozamykały swe kielichy. Czas wracać. Splecione dłonie są łącznikiem naszych uczuć, myśli, wzruszeń. Ciepło, prądy i energie wędrują przez nie w jedną i drugą stronę w rytmie naszych kroków. Już widać światełka domu, a w nim rozgrzany piec i gorąca woda.
Przed wejściem zatrzymujemy się, oczy spotykają się, usta zbliżają do siebie, ręce obejmują. Tak przytuleni, wtuleni stoimy jeszcze chwilę i nic nie jest w stanie zakłócić tego aktu…

Nadszedł czas na ostatnią odsłonę tego wieczoru. Kąpiel po tygodniu całym, wydarzenie wyjątkowe, inne niż toaleta codzienna, uroczyste. Czynimy ostatnie przygotowania. Piec gada po swojemu, dzwonią pokrywki unoszone nadmiarem pary, woda wrze. Wanienka już stoi na podłodze tuż obok. A wszystko ma miejsce tu, w kuchni, która jest centrum naszego życia w tym domu. Jest duża, przestronna, to jej ogromna zaleta. Ktoś, kto budował ten dom, musiał wiedzieć jak ważna jest jej funkcja. Dzisiaj my korzystamy.
 Teraz napełniam balię na przemian gorącą i zimną wodą. Obok są już przygotowane pozostałe potrzebne akcesoria jak mydło zwykłe, najzwyczajniejsze na świecie, gąbka, ręczniki, mały garnuszek i w miednicy woda do spłukiwania. Jesteśmy nadzy. Nie ma w nas wstydu, zresztą to pojęcie jest niedorzeczne, ale też nie jest to moment rozbudzenia erotycznego. Ten ma swoje miejsce kiedy indziej.
- Kto pierwszy? – pytam ze śmiechem, choć wiem jak bardzo jest to oczywiste.
- Jak to, kto? – też się śmieje.
Klęka przed wanienką na podłodze i pochyla nad nią głowę. Przyglądam się przez ułamek sekundy i tylko jedna myśl rozjaśnia mój umysł - jest piękna, jakąkolwiek pozę by nie przyjęła, jest piękna, ufna i oddana. Myję jej włosy. Najpierw polewam wodą z garnuszka, później namydlam i spłukuję.
- Teraz zamknij oczy – mówię i myję jej twarz.
Po tej wstępnej ceremonii, wskakuje do wody, która ma niesamowitą właściwość. Jest jak balsam dla skóry i nie potrzeba jej wiele. Kolej na całe ciało. Dokładnie nawilżam, rozprowadzam mydło, by później spłukać je gąbką pełną wody. Jest to czas, w którym widzę i dotykam każdy zakamarek jej ciała. Wrażenia te są niesamowite, tak bliskie jakby się dotykało siebie rozdwojonego, a przy tym zupełnie inne niż w uniesieniu miłosnym. To taka zwyczajna świętość dnia powszedniego. Pozostaje jeszcze osuszenie ciała, które wykonuje sama, a ja w tym czasie zmieniam wodę w wanience.
I znowuż wszystko odbywa się podobnie, jedynie role są odwrócone. Teraz ja doświadczam wrażeń spływającej strużkami wody po skórze, tańca palców wędrujących po tułowiu, by uwolnić pory od wszelkiego nadmiaru i jeszcze raz czysta woda, która spłukuje, obmywa i czuję wdzięczność.
Kiedy ten dzień powszedni jak to mówię, nie powszednieje i jest się skupionym, nawet śmiejąc się, otwierają się oczy na nowe doświadczenia i doznania. Jest ich całe mnóstwo…
Teraz jak nowo narodzeni kończymy nasz rytuał porządkami, których nie ma wiele, bo i podłoga wokół tylko nieznacznie zmoczona. Uzupełniamy wodę w garnkach i chowamy do piekarnika. Będzie ciepła rano, gdy wstaniemy. Ostatnie spojrzenie dookoła i idziemy się położyć.
Leżymy przytuleni. Ogrom wrażeń, przeżyć i prac, tych zza dnia, odbiera siły na cokolwiek jeszcze, oczy same się kleją i tak rodzi się ostatni gest, delikatny pocałunek.
- Śpij umiłowana…, dobranoc -
- Dobranoc ukochany – odpowiedziała…



październik 2011